Jak trenować i nie zwariować, czyli zdrowe podejście do treningów – felieton Szymona Klimkowskiego

Istnieje możliwość zatracenia się w treningu. Znam przypadki sportowców, którzy po dwunastu godzinach w pracy zamiast poświęcić trochę czasu najbliższym idą na kilkugodzinny trening, a potem tylko spożywają posiłek i idą spać, bo muszą się zregenerować przed kolejnym ciężkim dniem. W pracy robią pompki i przysiady gdzie tylko się da, żeby nie marnować czasu, a w domu analizują prędkości treningowe i kilometraż. Niby nie robi żonie i dzieciom nic złego. Nie pije alkoholu, nie pali papierosów, nie awanturuje się, nie bije, nie krzyczy… Nie rozmawia, nie bawi się, nie gra w

planszówki, nie pomaga w odrabianiu lekcji, nie sprząta w domu ze wszystkimi, nie ogląda wspólnie telewizji. Nie ma go. W ten sposób rozpadają się rodziny.

 

Trening jest dla naszego organizmu naprawdę niezwykle istotny i daje niesamowite korzyści, ale dążenie do doskonałości nie może stać się najważniejszą rzeczą, którą mamy w życiu. To że, przebiegniesz 10km o 15s szybciej niż rok temu nie sprawi, że żona i dzieci będą Cię bardziej kochać. 5kg więcej w martwym ciągu nie zaowocuje awansem w pracy, a 10cm dalej w rzucie dyskiem nie sprawi, że matka będzie z Ciebie bardziej dumna.


Sport powinien być pomocą w drodze do samorealizacji, a nie samorealizacją samą w sobie.

Jest jeszcze druga strona medalu. Wielu z was świetnie zna tą sytuację, gdy treningowa rutyna z czasem zaczyna stawać się dla nas męcząca, a kolejne treningi zamiast przynosić radość są wykonywane raczej z obowiązku niż chęci samorealizacji. Taka postawa jest pierwszym krokiem do zniechęcenia i sportowego wypalenia, a czasem nawet depresji. Z tego typu zniechęceniem boryka się w pewnym momencie swojej kariery większość zawodowych sportowców. Nie da się ukryć, że prawie całe ich życie składa się głównie z treningów i prowadzenia zdrowego trybu życia (jesz/trenujesz/śpisz), więc w ich przypadku można taką sytuację nazwać też wypaleniem zawodowym. Jeżeli jednak taka niechęć dopada osobę, która nie wiąże swojej przyszłości ze sportem wyczynowym i uprawia sport przede wszystkim dla zdrowia i własnej satysfakcji, to znaczy, że w którymś momencie popełniła błąd.


Oba przypadki są bardzo niebezpieczne i brzemienne w skutkach, ale nie jest to sytuacja bez wyjścia. Pierwszym rozwiązaniem jest rozmowa. Z kimkolwiek, z kimś zaufanym, z drugą połówką, z przyjacielem, z trenerem, z psychologiem, z księdzem. Co kto lubi ;). Szczerość jest zawsze dobrą drogą, bo skrywane długo uczucia mają tendencję do wybuchania. Nazwijmy to sobie roboczo Efektem wulkanu. Gdy już nasz wulkan wybuchnie stajemy się osowiali i nieobecni lub rozdrażnieni i agresywni/nieuprzejmi (a przynajmniej mniej uprzejmi niż zazwyczaj). Za każdym razem kończy się to jednak tak samo. Tracimy coś co do tej pory było fundamentem naszej równowagi emocjonalnej – aktywność fizyczną. Po takiej rozmowie często czuć ulgę, tylko potrzeba w niej konkretów. Trzeba wyłożyć kawę na ławę i bez ogródek zmierzyć się z tym co nas trapi. Najczęściej kończy się na uldze i

zmianie podejścia do treningu lub na krótkiej przerwie, żeby nabrać powrotem głodu treningowego.


Jest jeszcze jeden sprawdzony sposób na zrobienie kilku małych dziurek i spuszczenie ciśnienia z naszej wewnętrznej Etny. Jest to znalezienie sobie tymczasowo innej aktywności fizycznej, która pozwoli nam równie wydajnie czerpać radość ze sportu i jednocześnie odwróci uwagę od naszej ukochanej dotychczas dyscypliny. Może to być kalistenika, wioślarstwo, jazda na łyżwach, nartach, rolkach, siatkówka, czy kurs tańca. Triathloniści mają w tym przypadku trochę łatwiej, bo jeżeli „znudzi” im się któraś dyscyplina, to wystarczy ją sobie tymczasowo odpuścić i skupić się bardziej na pozostałych dwóch.


Z każdego, nawet najbardziej nabuzowanego Wezuwiusza, da się wystarczająco wcześnie zacząć spuszczać parę, żeby nie zatracić się w tej niechęci i nie odwrócić się od ulubionej dyscypliny sportu na dobre. Ciekawe jest, że gdy już niechęć zanika i pomału wracamy do uprawiania długo unikanej dyscypliny, to ma się wrażenie, jakby odkrywało się ją na nowo. Nawet mimo wieloletniego doświadczenia zawodnik ma wrażenie jakby odkrywał na nowo miejsca, widoki, zapachy. Cała kultura i otoczka uprawiania danej dyscypliny okazuje się być trochę mistyczna i wkraczanie w jej zakątki daje niesamowitą radość. Tą samą, którą się odczuwało na samym początku.