Ból – nieodłączny towarzysz sportowca

Ból (łac. dolor; gr. algos, odyne) to, według definicji Międzynarodowego Towarzystwa Badania Bólu, „subiektywnie przykre i negatywne wrażenie zmysłowe i emocjonalne, powstające pod wpływem bodźców uszkadzających tkankę (tzw. nocyceptywnych) lub zagrażających ich uszkodzeniem. Ból jest odczuciem subiektywnym, dlatego jest nim wszystko to, co chory w ten sposób nazywa, bez względu na obiektywne objawy z nim związane. Receptorami bólowymi są nocyceptory.

Odczucie bólu wyzwala również każdy supramaksymalny bodziec specyficzny dla danego receptora, np. silny impuls świetlny powoduje ból gałek ocznych, silny bodziec akustyczny powoduje ból zlokalizowany w uchu.

W psychologii ból jest uważany za popęd uruchamiający odpowiednie formy zachowania się zwierzęcia, które prowadzą, często przez uczenie się, do usunięcia się spod działania lub do uniknięcia bodźca bólowego”.

Fragment ze zwierzęciem jest fajny… 🙂

Dla mnie, jako byłego sportowca, ból to coś codziennego. Chciałbym Ci w tym wpisie opowiedzieć zarówno o bólu fizycznym, jak i psychicznym. I od razu chcę jasno i wyraźnie zaznaczyć, że dla mnie nie ma takiej możliwości, żeby zawodnik z bólem robił coś na siłę.

Najważniejsze to rozróżnić ból zagrażający zdrowiu od tego, który jest nieunikniony – to jest bardzo ważne. To niezwykle istotne rozróżnienie! Jeśli znasz tę granicę, tak jest łatwiej, ale też bezpieczniej dla Twojego zdrowia i sprawności. Pamiętaj, że to żaden wstyd odpuścić, gdy masz kontuzję, albo w sytuacji, gdy właśnie zaprzepaszczasz przygotowania całego sezonu pod daną imprezę, w której zupełnie Ci, z powodu bólu, nie idzie. Ta porażka to też jest cenne doświadczenie.

Zawodowcy w pierwszym momencie się wkurzają, ale już po chwili przychodzi moment refleksji. Rozumieją, że trzeba wyciągnąć z tej lekcji wnioski na przyszłość. I znaleźć przyczynę – co sprawiło, że bolało i że z tego powodu trzeba było odpuścić.

Sposoby na ból sportowy

A jak sobie radzić z bólem, takim typowo sportowym, który często jest nieunikniony:

  • zawsze wyobrażaj sobie, że inni mają gorzej 🙂
  • jeśli Ciebie boli, innych też musi (i to jest dobry moment na atak!),
  • jeżeli zostało do mety np. 10 km, myśl o swojej trasie, którą pokonujesz co kilka dni na treningu – to przecież niewiele!…
  • jeżeli myślisz: „co ja tu, k…, robię?”, nie przejmuj się! Większość osób tak ma 😉
  • jeżeli masz już dosyć, wyznacz sobie jakąś prostą nagrodę, którą sam sobie zafundujesz, np. puszka coli, ciepły posiłek, gorący prysznic. Szukaj prostych rzeczy, które dadzą Ci motywację do pokonania bólu,
  • jeżeli chcesz się poddać, pomyśl o tym kilka razy. Jeśli po piątym razie nadal chcesz się poddać, to zrób to. Ale daj szansę sobie i swojemu organizmowi uporać się z, być może chwilowym, kryzysem,
  • jeżeli uważasz, że jesteś słaby, pomyśl o swoich początkach, wtedy było przecież jeszcze gorzej,
  • nigdy nie wpadaj w panikę,
  • przyjmuj ból ze spokojem lub wykorzystaj go do tego, żeby Cię pobudził,
  • myśl o miłych wspomnieniach z przeszłości,
  • myśl o najbliższych,
  • myśl o kolegach z drużyny, którzy na Ciebie liczą,
  • i – to jest moim zdaniem najważniejsze! – zawsze myśl pozytywnie!!!

Jest jeszcze wiele innych metod i sposobów. A jaki jest Twój?

Ból na treningach

Zaakceptuj ból, zawsze będzie Ci towarzyszył. Przyzwyczajaj się do niego na treningach. A zawody wykorzystuj, by przełamywać swoje słabości. Trenuj mądrze, trenuj spokojnie, a tylko czasami naprawdę mocno!!! Żebyś na wyścigu miał ochotę sprawdzić, czy potrafisz jeszcze mocniej. To banalne, ale bardzo prawdziwe.

Amatorzy często trenują za mocno przez cały czas, każdy trening to dla nich prawie wyścig, a gdy naprawdę trzeba dołożyć, są już za mocno „zagotowani”. A że również przyzwyczajeni podczas treningów do średniego bólu, to i na zawodach też tak się dzieje, że jest… średnio.

Podkreślam, że nie chcę, żeby ten tekst mieszał Ci w głowie, nie chcę zrobić Cię „w bambo”. Chciałbym Ci tylko powiedzieć, że to jest normalne, że boli oraz żebyś nie obawiał się porażek. Ale też walcz dla samego siebie, a nie po to, żeby komuś coś udowodnić. Dla siebie jest najlepiej.

Czyli klasyk: trzeba umieć cierpieć z przyjemnością 🙂

Niezależnie od tego, czy trenujesz dla tzw. przyjemności, czyli teoretycznie wyłącznie, żeby trochę pracować nad formą fizyczną, czy też realizujesz treningi, żeby osiągać konkretne cele sportowe, nigdy nie daj się zaszufladkować i wmówić sobie, że jesteś po jednej z tych stron. Taka jest teraz dziwna moda, że jedni drugich próbują sklasyfikować… Miej to gdzieś i trenuj, niezależnie od motywacji, wyłącznie dla siebie. I na treningach rzeczywiście trenuj, a dopiero na wyścigach rywalizuj i ryzykuj, żeby wygrać. Albo przegrać. Wyciągaj jak najwięcej pozytywów z najdrobniejszych elementów związanych ze sportem.

Kiedy przygotowywałem się w Polsce do wyścigów, niejednokrotnie liczących ponad 200 km, musiałem trenować po 5-7 godzin, nierzadko zimą. Po treningu nie czułem stóp, a gdy mi w domu powoli tajały, chciało mi się z bólu płakać 😉 Co robiłem? Cieszyłem się, że jest mi ciepło!

Jeżeli też masz tak jak ja skrzywioną psychikę, możesz wyznaczać sobie jeszcze wyższe niż dotąd cele, ale jeśli nie masz ochoty na takie poświęcenia, też bardzo dobrze! 😉 To nie jest Twoja praca, więc nie musisz trenować w każdych warunkach i za wszelką cenę. Sam możesz wyznaczyć sobie granicę, ale pamiętaj, że im ambitniejsze i wyższe wymagania sobie postawisz, tym więcej bólu spotkasz na drodze, która do tego celu prowadzi. Momentami będzie bardzo duży, ale Ty szukaj w nim… przyjemności 😉 Taki jest ten sport!

Jeszcze o rodzajach bólu

Po zawodnikach, którzy biorą udział w naszych środowych grupowych treningach, świetnie widać, że weszli na inny poziom. Rzuca się w oczy różnica między tymi, którzy uczestniczą w treningach pierwszy raz i tymi, którzy w grupie trenują regularnie. Oczywiście, każdy, dzięki systematyczności, może wskoczyć na ten wyższy poziom.

A czym on jest? To mieszanka adaptacji do bólu z przystosowaniem się organizmu do pracy na dużej intensywności.

Mogę tutaj podać swój przykład – mimo że w tym roku mam nakręconą rekordową ilość kilometrów (odkąd przestałem trenować wyczynowo), to było w tych treningach bardzo mało intensywności. Po powrocie z Hiszpanii, od razu po podróży, wystartowałem w wyścigu MTB, żeby „przepalić się” przed niedzielnym wyścigiem. Do siódmego kilometra jechałem super, miałem silne nogi i dobrze się czułem. Ale ponieważ zarówno mój układ krwionośny, jak i oddechowy nie były w ogóle przygotowane na taką intensywność, nastąpił tzw. „fatal error” 🙂 Wywaliło mnie z butów. Do tego stopnia, że po zawodach przez kilka godzin nie mogłem dojść do siebie. Czułem się jak pijany. Dlaczego tak się stało? Ponieważ dotąd wszystkie treningi jeździłem w strefie S1-S4.

Stając w sobotę na starcie i później jadąc wiedziałem, że tak się stanie, ponieważ cały wyścig jechałem w strefie S4-S6. Ale wiedziałem również, że to cierpienie z soboty miało mieć sens w niedzielę. Niestety na drugi dzień nie wystartowałem, ponieważ przerzutka w rowerze umarła.

Nic jednak w przyrodzie nie ginie i ten silny bodziec, w postaci wyścigu MTB oraz kolejne środowe treningi z GVT, a do tego inne jednostki – w Poznaniu i Świebodzicach – na dużej intensywności dały mi kopa. Nagle, w przeciągu niespełna dwóch tygodni, miałem 8 intensywnych treningów, dzięki czemu mój organizm właściwie momentalnie się zaadoptował i zacząłem czuć się coraz lepiej.

Żeby Ci jeszcze bardziej zamieszać: na jednym treningu udało mi się pracować przez dwie minuty na tętnie ponad 180 uderzeń na minutę i czułem się bardzo dobrze. Choć przez ostatnie miesiące, gdy dochodziłem do tętna 170, odcinało mnie totalnie. Ale ponieważ mój organizm się zaadoptował i był lekko zmęczony, na kolejnych treningach mogłem wykonywać jeszcze lepszą pracę przy tętnie 150, niż kilka dni wcześniej przy tętnie 180. Dlaczego? Ponieważ byłem już zmęczony, ale mimo wszystko czułem się cały czas coraz lepiej i mimo zmęczenia mogłem o kolejne kroki, czy też raczej wartości tętna, przesuwać granice swojego organizmu. W ten sposób adaptowałem go do lepszej jakościowej pracy przy dużej intensywności. A poprzednie treningi wytrzymałościowe i siłowe sprawiły, że wszystko to razem uzupełniało się wzajemnie i w efekcie złożyło w kompletną całość.

Piszę o tym po to, żebyś nie sugerował się aż tak tętnem, ponieważ może Ci ono płatać figle. O wiele ważniejsze jest słuchanie swojego organizmu. Swoim zawodnikom zawsze powtarzam, żeby ze spokojem podchodzili do pierwszych bolesnych treningów na dużej intensywności. Zawsze trzeba dać sobie czas.

Nawet w sezonie startowym, gdy przez dwa tygodnie nie masz kolejnych treningów intensywności, ten problem powraca i wtedy również trzeba dać sobie czas i pozwolić, żeby organizm spokojnie się zaadoptował. Nie chodzi o to, by nagle codziennie trenować mocno. Jeden lub dwa razy w tygodniu to jest max! Tym bardziej, że przecież sezon startowy i treningowy jest długi, trzeba wytrzymać do końca września. Zbyt duża ilość mocnych bodźców spłaszcza je. Przeczytaj to uważnie, bo to chyba najważniejszy wniosek z tego tekstu: nawet jeśli dużo się trenuje i można wytrzymać dużo bólu podczas intensywności, to organizmu nie da się oszukać. Trzeba dać mu czas, żeby się zaadaptował i krok po kroku pokonywał kolejne „schodki” podczas poszczególnych, mądrze zaplanowanych treningów.

Autor: Zbyszek Gucwa
Zdjęcie: Andrzej Gucwa | Foto: Sztos